sobota, 29 kwietnia 2017

,,Prosta historia o morderstwie" - recenzja

,,Prosta historia o morderstwie" (2016)
Reż. Arkadiusz Jakubik



Foto Filmweb

   Arkadiusz Jakubik od jakiegoś czasu zaskakuje swoich fanów. Nie wystarcza mu sława specyficznego aktora. Nie sposób zapomnieć scen gdy się wykrwawia z odgryzionego penisa (Drogówka), biega odziany w zwiewne szatki jako producent pornoli (Jak to się robi z dziewczynami) czy traci głowę (Wołyń). Sprawdza się też jako wokalista (Dr.Misio) i reżyser. ,,Prosta historia o morderstwie" jest jego drugim reżyserskim dziełem i mam nadzieję, że nie ostatnim, chociaż trochę kazał nam poczekać. Obsada jest obłędna- Andrzej Chyra, Kinga Prejs i Filip Pławiak, którego rola w ,,Czerwonym pająku" była tak doskonała, że dość wysoko stawiam mu poprzeczkę. Tutaj co prawda nie miał aż tak dużego pola do pokazania swoich umiejętności, ale i tak dobrze się sprawdził. 
    Na samym początku są trupy- czyli wg starej dobrej szkoły- najpierw trzęsienie ziemi, potem kolejne wstrząsy. Widzimy rodziców Jacka, zamordowanych w rodzinnym domu. Zamieszanie, policja, konsternacja, chaos. Następnie narracja zaczyna biec dwutorowo- a więc spoglądamy wstecz na wydarzenia, które doprowadziły do zbrodni. Na początku wyłania się obraz kochającej, zwyczajnej rodziny. Jacek idąc w ślady ojca zostaje policjantem, zaczyna z nim służyć na tym samym komisariacie. I tutaj okazuje się, że rodzina nie jest tak doskonała, a kochający ojciec nie dość, że alkoholik i domowy tyran to jeszcze skorumpowany, wykolejony wrak. Mamy tu wszystkie odcienie walki z nałogiem. To znaczy walczy Jacek. Bo ojcu nie przeszkadza, matka usprawiedliwia, koledzy wspierają i bronią.  Widzimy jak chłopak stara się chronić rodzinę, nawet za cenę własnego, spokojnego życia, a zderza się z murem niezrozumienia. 
  Retrospektywna narracja miała ukazać dwa wątki- jedna to tragedia rodziny, druga natomiast to życie zawodowe ojca  i współpraca z gangsterami. Dla mnie jednak wątek rodzinny mocno zdeterminował ten drugi. Sceny były po prostu dosadniejsze, uczucia i strach rodziny bardziej działały na wyobraźnię niż powiązania z małomiasteczkowymi bandytami, które zresztą były mdłe, słabo zaakcentowane. Brakło scen ukazujących prawdziwy obraz tych powiązań, trochę więcej realności i pieprzyku.  Gang na hulajnogach nie przekonał mnie tak jak ojciec, którego męskość przejawiała się chlastaniem żony po twarzy. 
  Film godny polecenia, kryminał, sensacja, dramat, nie przegadany, z doskonałym aktorstwem, przykuwający uwagę. Czekam na kolejny pomysł Jakubika. 
  

piątek, 21 kwietnia 2017

Mnich

,,Mnich"
Matthew Gregory Lewis





   Na temat tej książki toczyła się swojego czasu ciekawa rozmowa na jednej z grup FB. Na tyle ciekawa, że tytuł wylądował na mojej liście do przeczytania. I oto jest- wydanie z Vespera, okraszone cudownie klimatycznymi rycinami, skopiowanymi z drzeworytów George'a Tute'a, tłumaczenie Zofii Sinko oraz posłowie Macieja Płazy, sprawia, że nie tylko czytanie jest dobrą przygodą ale i samo obcowanie z tak pięknie wydaną książką.
  Matthew Gregory Lewis był uważany za człowieka miłego, stroniącego od konfliktów i skandali. Wydanie utworu o tak odmiennej konstrukcji, wzbudziło wiele kontrowersji i krytyki, również w rodzinie autora. Aby uspokoić jakoś sytuację, w czwartym wydaniu Lewis złagodził nieco jego formę. Nie na wiele się to zdało, gdyż rozgłos i gorące dyskusje nie milkły, ostatecznie dając pisarzowi sławę. Bo chociaż pisał dość dużo, nie udało mu się później stworzyć równie smakowitej powieści.
   Znaczna część powieści dzieje się w klasztornych murach. Tam gdzie powinno być siedlisko cnót wszelakich, z dala od ludzkich oczu, toczą się losy zakonnej braci, nie do końca w sposób pobożny. Oderwani od rzeczywistości, nie zaprawieni w stawianiu oporu pokusom, bardzo szybko tym pokusom ulegają. Ojciec Ambrozjo od dziecka chwalony za nieugiętą wolę, ascezę i bogobojność staje się świetnym przykładem na to jak łatwo odkryć, że to tylko płaszczyk samouwielbienia. Jak łatwo poddać go próbom, rzucając go ku coraz cięższym uczynkom i jak łatwo on sam znajduje dla nich wytłumaczenie.
   W klasztorze żyją też mniszki- wydaje się, że jedyne czemu się oddają to modlitwy i dbanie o odpowiednie ułożenie młodych adeptek. To również ułuda. Pod rządami przeoryszy, wymagającej okrutnych kar dla najmniejszych przewinień, wyzutej z ludzkich odruchów dzieją się sceny kaźni dziewcząt, które nie odnalazły się w tej rzeczywistości. Bezlitosna i władcza, dąży tylko do tego, by być chwaloną za wzorowe prowadzenie sióstr. Nikt nie wnika w odrażające sposoby, jakimi się posługuje.
  Pozostała część to opowieści po części awanturnicze, gdzie młodzi, bogaci chłopcy spotykają zbójców, ratują potrzebujących i zdobywają serca pięknych dam. Prowadzi ich honor i dobroć. Zakochani pozostają wierni po śmierć. Losy wszystkich postaci wykreowanych przez Lewisa ostatecznie splatają się w nieszczęsnym klasztorze, ale cała intryga, doskonałe opisy, magia, zjawy, namiętności i słabości człowieka, nie pozwalają odejść od lektury.
  Początkowo archaiczny już język może przeszkadzać tym, którzy za takim stylem nie przepadają. Dla mnie od początku jest doskonale zrównoważony odrobiną humoru, dialogami pełnymi dramatyzmu, mrokami gotyku. Wyraźnie czuć Szekspirowskie klimaty. Smaczków dodają postacie zapożyczone z legend i innych utworów literackich- Żyd Wieczny Tułacz, Król Wód. Wydawało by się, że konstrukcja nie udźwignie tylu wątków i splotów wydarzeń, jednak autor doskonale sobie z tym poradził. Minęło już dwieście lat, a jego utwór wciąż pobudza wyobraźnię, przyspiesza bicie serca i każe się zastanowić nad wolą człowieka. Słabą czy mocną? Na to sami musimy sobie odpowiedzieć.
   Dużą frajdę sprawiło mi przeczytanie posłowia. o którym wspomniałam na początku. Doskonałe podsumowanie Macieja Płazy, który wyjaśnił skąd młodziutki Lewis zaczerpnął pomysł do napisania tej powieści. Wiele celnych informacji o początkach nurtu gotyckiego, który zaczynał się odcinać od powieści sentymentalnych i obyczajowych, a oferował coraz większy wachlarz zjawisk nadprzyrodzonych, dziwacznych czy krwawych.
   Zdecydowanie polecam. Wydaje mi się, że każdy, komu nie przeszkadza język, znajdzie tutaj coś dla siebie.

środa, 29 marca 2017

Krowa Matylda

,,Krowa Matylda"
Alexander Steffensmeier





   Są książki, które bawią nie tylko dzieci ale i rodziców. Mogę z powodzeniem zaliczyć do tego gatunku ,,Krowę Matyldę". Kiedy Młody Człowiek został uzbrojony w kartę czytelniczą, ulubiona pani bibliotekarka podsunęła nam ową historyjkę, w której się zakochaliśmy. Zazwyczaj mam tak, że nie lubię czytać dzieciakom tych samych bajek. Co jak wiadomo jest odwrotnie proporcjonalne do chęci dzieciaków bo one zwykle domagają się wciąż tych samych. Tym razem jednak sprawa zakończyła się tak, że nie protestuję. Tą książeczkę możemy czytać i czytać bez końca.
   Mały ma 3 lata i nudzą go jeszcze zbyt długie teksty. Tutaj mamy minimum słów, za to ilustracje -obłędne. Wykorzystano każdą możliwą przestrzeń na zbudowanie tej scenerii, którą stworzył sam autor. Cudownie przedstawiona sielska wieś, psotne i niezwykle operatywne zwierzęta, no może poza świniami bo one ciągle śpią, oraz trafnie przedstawione uczucia i mimika, dzięki którym dzieciaki przeżywają wszystko mocniej, intensywniej.
   Kiedy Matylda znajduje mapę skarbów, Maluch razem z nią wyrusza na poszukiwania. Paluszkiem wskazuje kierunki, wyszukuje ukryte elementy, dostrzega ukryte postacie i baaardzo zabawne sytuacje. Można tu znaleźć np. kurę biorącą dyskretnie prysznic po całym dniu mozolnego kopania dziury, czy wóz przeprowadzkowy dla ryb bo obok powstał większy akwen. Cała oprawa graficzna jest tak pomyślana, że z powodzeniem można opowiedzieć wiele własnych historyjek. Humor jest tak wszechobecny, że nawet starszy brat Malucha uznał, że są w dechę. A, że brat jest dorastającym nastolatkiem to jest to opinia wiele znacząca.





  Mały zakochał się w tej zakręconej, sympatycznej Krówce tak bardzo, że postanowiliśmy dokupić inne egzemplarze. Jesteśmy bardzo ciekawi jej nowych przygód i myślę, że jeszcze nie jedna książeczka do nas zawita. Tym bardziej, że wydanie jest świetne nie tylko wizualnie, ale jest też po prostu solidne- spory format 23X30cm, twarda oprawa, strony z grubego, mocnego papieru, porządnie zszyte. Na pewno wytrzyma wiele naszych wspólnych podróży.




  I proszę jaka radość po rozpakowaniu przesyłki.





   Wszyscy polecamy, tym małym i tym troszkę większym. ,,Krowa Matylda" cudownie poprawia nastroje i sprawia, że czytanie nigdy się nie nudzi.

czwartek, 23 marca 2017

The Disappointments Room

,,The Disappointments Room"
Reż. D.J. Caruso
(2016)



Foto BookMyShow



  Nie  będzie fajerwerków, obgryzania paluchów ze strachu, nie będzie chowania się pod kocykiem, nie będzie nawet staroświeckiego, przyzwoitego BOOO. Mimo wszystko można obejrzeć bo to całkiem przyzwoity film. I chociaż temat wałkowany we wszystkie strony jak ciasto na chrusty, a scenariusz niesłychanie przewidywalny, jest przy czym zajadać popkorn.
  Rodzina wprowadza się do dużego domu, znajdującego się na odosobnionej, zalesionej działce. Nie ma nic odkrywczego w tym, że opuszczone domy muszą mieć swoje tajemnice. Nie dziwi zatem fakt, że Dana szybko znajduje drzwi, prowadzące do pokoju. Pokój jest o tyle zagadkowy, że nie widnieje na żadnych planach, a solidnie zaryglowane drzwi nijak nie dają się otworzyć. Pomiędzy remontowaniem domu, a zajmowaniem się mężem i synem, kobieta poprzez wspomnienia zdradza nam bolesne przeżycia, z którymi musieli się zmierzyć przed wyjazdem. Powoli to, co im się przydarzyło, splata się z przebrzmiałymi wydarzeniami w domu. Przez chęć naprawienia błędów i chronienia najbliższych obłęd miesza się z rzeczywistością.
  Film ogląda się gładko, na plus zaliczyć można to, że już od początku akcja toczy się wartko. Poczucie niepokoju wywołuje prowadzenie kamery tak, by widz zobaczył bohaterów oczami ukrytego intruza. Równie przyjemnie odbiera się zdjęcia z pleneru gdzie poczucie sielskości mąci jedynie świadomość, że gdzieś czai się coś obcego. No i oczywiście sam dom - piękny na zewnątrz jak i w środku. Zazwyczaj w filmach o takiej fabule domy niepokoją i straszą. Estetyka tła miała wydobyć tragizm tego, co się działo z poprzednimi mieszkańcami. Tragizm, nie groza bo ostatecznie tej  tutaj nie wiele. W mojej ocenie najwięcej strachu wywołał czarny, groźny pies. Dlaczego? Przekonajcie się sami.

poniedziałek, 20 marca 2017

Góra Tajget

,,Góra Tajget"
Anna Dziewit-Meller





   Powieść ukazująca echa wojny. Tej wojny, która w naszej świadomości jest wciąż żywa i obecna. Wiele już napisano i powiedziano na temat tamtych dni. Tutaj możemy się przekonać jak nie wiele wiemy o ludzkich dramatach, jak nie wiele nas to obchodzi i jak szybko przejdą do niepamięci.
   Wszystko zaczyna się na współczesnym Śląsku. Spokojnemu, dobrze ułożonemu Sebastianowi rodzi się córka. Wtedy zaczyna czuć co to znaczy prawdziwy strach. Co to znaczy ponosić odpowiedzialność za drugą istotę. Miewa koszmary i przerażające myśli. Tak bardzo boi się o bezpieczeństwo córki, że nie odchodziłby od jej łóżeczka. Ale jego lęki są niczym w porównaniu do tego, co wcześniej działo się tam, gdzie dziś mieszka i pracuje. Tam gdzie dr. Luben sprowadzała śmierć na małe dzieci, tłumacząc to badaniami naukowymi, tam gdzie  Zefka przeżyła rozstanie z rodziną, gwałty i śmierć dziecka, tam gdzie mały Rysiu byłby  skazany na śmierć gdyby los nie zesłał mu anioła...
   Konfrontacja przeszłości z teraźniejszością daje nam możliwość wielu doznań. Buntujemy się przeciwko temu, co wydarzyło się wtedy, widząc jednocześnie jak błahe są nasze dzisiejsze obawy. Jak niewiele można zrobić by cierpienia tamtych ofiar nie odeszły w niebyt. Jak trudno zrozumieć oprawcom, że mają krew na rękach.
  Tematyka poruszona w książce sprawia, że zastanowimy się nad losem tych, którzy byli świadkami tych okrutnych chwil. Wszyscy ich mieliśmy. Nieliczni jeszcze mają. Jeszcze chwilę. Zastanowimy się nad ich związkami, tak ulotnymi jak okazały się związki pozornie obcych bohaterów tej powieści. Bo oni nie byli obcy. Połączył ich już na zawsze ból i strach, którego my nie jesteśmy w stanie nawet sobie wyobrazić.
  Autorka przedstawia minione wydarzenia niemalże chłodno. Jakby usunęła zasłonę i pokazała kilka scen mówiąc ,,tak było". Nie ocenia, nie wyciąga wniosków, te zostawia nam. Zostawia nas samych z uczuciami, które nie sposób stłumić w trakcie lektury. Nie sposób powstrzymać łez i smutki, i cichego jęku ,,mój Boże"  i nie sposób spojrzeć później na własne dziecko bez  dreszczu niepokoju...

piątek, 17 marca 2017

Nie ma wędrowca

,,Nie ma wędrowca"
Wojciech Gunia



   Prawdziwą przyjemnością jest już samo trzymanie tej książki. Bardzo klimatyczna okładka, działająca na wyobraźnię, wykonana przez Kaję Kasprowicz zachęca do zapoznania się z tą powieścią. Paweł Mateja napisał ,,długo się nie otrząśniecie" i zapewniam, że tak właśnie będzie. To nie jest horror straszący duchami, potworami czy zombiakami. To horror straszący nas tym co nieuniknione, tym czym sami jesteśmy. Jest pełen smutku i goryczy, pobudza wrażliwość emocjonalną czytelnika jak i zmusza do rozważań  nad sensem istnienia, nad odpowiedzialnością za swoje czyny.
   Główny, bezimienny bohater, który jest narratorem tej powieści przybywa do małej miejscowości. Przypadkowo znajduje pracę  jako stróż w tartaku. Jego osobowość jest przedstawiona w taki sposób, że od razu wzbudza sympatię. Widać, że lubi samotność, że niesie ze sobą jakiś balast, a jednocześnie dość szybko nawiązuje kontakty. W trakcie wykonywania swoich obowiązków dowiaduje się o swoim poprzedniku. Roszczuk był starszym mężczyzną, który zmarł w czasie mrozów. Nikt nie znał go na tyle blisko by wiedzieć kim na prawdę był. Nasz bohater zupełnie przypadkowo poznaje jego niesamowitą historię. Styka się z wydarzeniami, które wstrząsają i wywołują ciekawość, budzą niepokój ale i współczucie. W przedziwny sposób ból, którego zaznawał staruszek, koił jego własny, dawał szansę na rodzaj odkupienia po tym, co stało się dawno temu.
   Nie chcę zdradzać zbyt wielu szczegółów by nie psuć lektury, mogę jedynie zapewnić, że znajdziecie tu olbrzymi ładunek emocjonalny. Powieść jest napisana barwnym, sugestywnym językiem, czyta się z przyjemnością, hipnotyzuje i wciąga, Z każdą kolejną stroną, można odczuć chłód, niemalże poczuć płatki śniegu na skórze i mroźne podmuchy wiatru. Realność bohaterów podkreślają dialogi, które często są wulgarne, takie właśnie jak wiele rozmów ciężko pracujących mężczyzn, żyjących w trudnych warunkach. Wątek nadprzyrodzony dzieje się gdzieś w tle. Na pierwszym planie są ludzkie tragedie i potworne zbrodnie, szukanie odpowiedzi na pytania kim jesteśmy, jaki jest cel naszego istnienia i nadawania sensu wszystkiemu co robimy. Sporo filozoficznych rozważań i prób odpowiedzi. Wszystkie wątki w moim odczuciu są wyśmienicie zbalansowane i odpowiednio podane.
  Przy dość niewielkiej objętości powieści, dostarczyła intensywnych wrażeń i na długo zapadła w pamięć. Dopiero po jej zakończeniu można zrozumieć znaczenie tytułu. Może powinnam powiedzieć ,,spróbować zrozumieć" bo ostateczne zrozumienie zdaje się być wciąż poza naszym zasięgiem...

sobota, 11 marca 2017

Sen, brat śmierci

,,Sen, brat śmierci"
Grzegorz Gajek





   Autor zachęcił mnie do lektury już swoim wstępem. Lubię noc, tę ciszę i magiczne cienie, to jak dom skrzypi i światło latarni omiata nikłym blaskiem ściany kuchni. Jeśli jeszcze świeci księżyc- nic, tylko chłonę. A sny? Sny kiedy już nadejdą kreują inny świat, przestrzeń dla odmiennych doznań. Od rzeczywistości dzieli je granica zwiewna jak pajęczyna.  I taki właśnie jest ten zbiór- ponura prawda przeplata się z baśniowością, to co wydaje się prawdziwe i namacalne w rzeczywistości jest ułudą i na odwrót.
W tomiku jest jedenaście opowieści o różnym natężeniu ,,dziwności". Nie sposób nie myśleć o nich jak o snach ze względu na przewrotność, na budowanie porządku, który za chwilę wali się ale nie w gruzy, tylko tworzy nowe obrazy. Już pierwsze opowiadanie utwierdza mnie w tym przekonaniu. Znacie to uczucie gdy wydaje się wam, że gdzieś błądzicie, że przechodzicie z jednego pomieszczenia do innego, mijacie ciąg korytarzy, widzicie dziwne przedmioty i sytuacje? Taka właśnie jest ta opowieść. Nic, tylko zapisany sen.
   Są też opowieści, które nie koniecznie muszą być sennym majakiem. I te budziły niepokój na zupełnie innej płaszczyźnie. Czy narkoman śniący o składaniu ofiary, jest zdolny zupełnie nieświadomie ją złożyć?  Czy umierając zmierzamy do nieba, piekła, czy jeszcze innego miejsca? I czy zachowujemy jeszcze wtedy wspomnienia tego kim byliśmy? Tutaj mamy właśnie jedno opowiadanie utrzymane w konwencji ,,nie wie, że umarł". Mamy i takie, które pokazuje jak nasze własne demony i lęki mogą się przedostać do realnego świata, przysłaniając nam prawdziwy obraz rzeczywistości.
   Osobiście najbardziej spodobał mi się ,,Wurdałak". Opowiadanie napisane w formie listu- odpowiedzi do poprzedniego opowiadania. Rzecz miała się dziać w roku 1517 na ziemiach polskich. Pięknie zarysowana historia kraju, świetne opisy przyrody jak i ludzi. Opis charakternych Polaków niezwykle trafny. I te wojenki, polowania i zabobony, i chęć do trunków. Ach! I gdzieś w tym wszystkim zaczyna się dziać rzecz niesłychana, z lękami i gusłami, z ukrytymi potworami. Pokusiłabym się tutaj o porównanie do Gaimana. Poczułam ten sam klimat, z ta różnicą, że ten nakreślony przez Gajka jest nasz, swojski, tak przyjemny w odbiorze, że po skończeniu czułam niedosyt.
   Szczerze polecam tym czytelnikom, którzy gustują w zwariowanych fabułach, gdzie nie obowiązują żadne ramy. Gdzie granice są płynne i plastyczne, a autor wodzi nas na manowce.Zwodzi nas,  czy to sen jeszcze czy rzeczywistość wirtualna, a może zwyczajne majaki wariata.
 

czwartek, 9 marca 2017

Nienasycony

,,Nienasycony"
Łukasz Radecki



Debiut powstałego właśnie wydawnictwa Phantom Books. Sama nazwa na pewno wielu z was kojarzy się od razu z kultowym Phantom Press i z pewnością wielu z was właśnie od tego wydawnictwa zaczynało przygodę z horrorami. Mnie to cieszy szczególnie bo pokazuje, że groza polska jednak istnieje. I ma się ostatnio całkiem dobrze.
  ,,Nienasycony" jest świetnym przykładem na to, że groza kat.B w rodzimej odsłonie, może być fajną rozrywką. Radecki już od pierwszej strony pokazuje, że jest to możliwe. W małej wsi pewien młokos zostaje porzucony przez dziewczynę i jedyne co jest w stanie czuć to żądza zemsty. Jak wiadomo, młode umysły nie do końca myślą racjonalnie, ponadto swą zapalczywością szybko zarażają rówieśników. Tak więc chłopak prosi o wparcie przyjaciół i razem wpadają na nienajlepszy pomysł uwolnienia demona, który miałby ukarać niewdzięczną dziewczynę. Przeprowadzony rytuał wydaje się dawać im władzę nad  jego działaniami. Niestety. Prawda zmieni ich życia na zawsze.
  Fabuła jest prowadzona w taki sposób, że z czasów współczesnych, możemy zerknąć w przeszłość. W czasy gdy Zakon Krzyżacki miał się całkiem dobrze i toczył swoje zwycięskie walki. Ale za powodzeniem tych walk nie stało tylko męstwo i chwała Boża, o nie...
   Wątek ,,historyczny" jest skonstruowany bardzo obrazowo i wiarygodnie, czytałam z przyjemnością i uznaniem dla autora, chociaż wątek współczesny oferował znacznie więcej krwawych scen w mojej ocenie. Ale ta różnica wcale nie wpłynęła na spójną całość. Opowieść  jest podana w ten sposób, że czyta się gładko i z przyjemnością. Lekki niedosyt pozostawił we mnie potencjał Nienasyconego. Niektóre sceny aż się prosiły by pokazać jego prawdziwą moc. No chyba, że to było celowe posunięcie. Dostaliśmy opis potwornego bytu, strachu i przerażenia jakie siał wokół siebie i resztę powinniśmy sobie dopowiedzieć. Być może. Ja akurat lubię takie otwarte scenariusze, więc kupuję. Tym bardziej, że zakończenie pozostawiło nas z ogromnym polem do popisu by wykreować swoje własne.
   Nie byłabym sobą gdybym się czegoś nie uczepiła. Tak już mam. Styl i słownictwo nie sprawiły większego problemu przy czytaniu. Wychwyciłam tylko jeden błąd logiczny i jedno zdanie potworek, ale biorąc pod uwagę całość- przymknęłam oko.
   Polecam zdecydowanie. Krótko, gładko, treściwie. No i oczywiście wypatruję kolejnych publikacji.

poniedziałek, 6 marca 2017

Mroczna Wieża

,,Mroczna wieża"
Stephen King




   Cykl, który z pewnością jest znany nie tylko fanom Kinga, jest moim ulubionym dziełem. Twór, który łączy w sobie fantasy, grozę, i western w przepięknej oprawie ludzkich uczuć -od nienawiści i zawziętości poprzez miłość i przyjaźń, wzruszenia, rozpacz i namiętności. Do tego dobór bohaterów jest niezwykle osobliwy bo obok głównej obsady poznajemy postacie, znane nam z innych powieści autora, dzięki czemu czytając, odkrywamy zawoalowane informacje. Ten zabieg jest charakterystyczny dla Kinga, a jego najgorliwsi czytelnicy nazywają to ,,mrugnięciem".
  Siedem tomów tej sagi opowiada o Rolandzie z Gilead, który zmierza do tytułowej Wieży. Cyniczny i zaprawiony w bojach przemierza postapokaliptyczne  krainy. I chociaż sama idea Wieży jest sensem powieści, nie jest wątkiem głównym. To wątki toczące się w trakcie tej przygody pochłaniają bez reszty.
   Początki nie zawsze są łatwe i znam osoby, które nie przebrnęły pierwszego tomu. No cóż. Ja potraktowałam go jako przedmowę, preludium do prawdziwej historii Rolanda i jego ka-tet. Podróż rozpoczyna się pościgiem za człowiekiem w czerni - Walterem. W trakcie tej pogoni  poznajemy niektóre fragmenty z życia Rewolwerowca i spotykamy chłopca Jake'a, pochodzącego z innego świata. Niedosyt jaki pozostawiają pytania bez odpowiedzi kazał mi sięgnąć po drugi tom. Niedosyt, a jednocześnie niedowierzanie, że Roland mógłby być tym typem, którego tu poznaliśmy. Liczne retrospekcje tylko zaostrzyły mój apetyt na więcej.
   Tom drugi to werbowanie wojowników do misji Rolanda.  Magiczne drzwi prowadzące do różnych czasów i miejsc pomagają ściągnąć Eddiego i Odettę. Pierwszy jest uzależniony od heroiny, a Odetta, no cóż...Nie do końca jest sobą, ponadto porusza się na wózku ze względu na kalectwo. Obie postacie wnoszą ogromny ładunek własnych przeżyć, oryginalnych scenariuszy jakie przyniosło im życie. To cudowna opowieść o tym, jak z zupełnie obcych ludzi tworzy się zgrana paczka przyjaciół, choć na początku łączą ich tylko nieokreślone przeczucia i pragnienia. Toczą walkę z gangsterami i przemytnikami, niektórzy muszą nawet stanąć do walki z samym sobą. Ostatecznie jako jedna drużyna zmierzają razem ku Ziemiom Jałowym z części trzeciej.
   Rewolwerowiec zaczyna szkolić nowych przyjaciół, wszystko jest okraszone garścią dalszych informacji o Wieży, promieniach podtrzymujących cały świat, o Bramach i Strażnikach. Wędrując nieustannie Roland zaczyna popadać w szaleństwo. Taki sam obłęd toczy Jake'a- w innym gdzieś, w innym kiedyś. Docierając do magicznego portalu gdzie ścierają się z demonem, przeciągają chłopca do swojej rzeczywistości. Docierają do miasta Lud, gdzie wciąż żyją ludzie ocaleni z kataklizmu. Choć trudno powiedzieć, czy to wciąż ludzie. Potwornie zniekształceni i dręczeni chorobami, wyznający dziwne zasady, zezwierzęceni i wyzuci z wyrzutów sumienia. O tak, świat zdecydowanie poszedł naprzód.  Aby udać się dalej nasi podróżnicy muszą odbyć podróż koleją. Znajdują więc jedyny, sprawny pociąg. Ale w tym świecie szaleństwo opanowało nie tylko ludzi. Tutaj szalone są nawet maszyny.
Ta część odkrywa przed nami nieco inne oblicze Rolanda, a zderzenie światów, z których pochodzą jego towarzysze daje dużo satysfakcji przy lekturze. Smakujemy nasz świat ich zmysłami, a w ruinach miasta doskonale poznajemy dźwięki znanych nam utworów, poznajemy współczesne nam urządzenia. Nasza ciekawość jest stale pobudzana. ,,Co tu się właściwie stało?!"
   Część czwarta to chyba najbardziej rozczulająca ale i wiele wyjaśniająca część. To tutaj przyjaciele poznają przeszłość Rolanda. Zaczynają rozumieć co ukształtowało go na pragmatycznego, tłumiącego przejawy uczuć twardziela. Wędrując przez rozpadający się świat, słuchają opowieści ,, Brzydkiego i Złego"  o początkach jego tułaczki. Teraz właśnie jest ten moment by wyznać jak został najmłodszym Rewolwerowcem, jak jego pierwsza i największa miłość została mu wydarta, jak od początku musiał sobie radzić z intrygami, podstępami, magią i złem. To nie była tylko walka nieopierzonego smarkacza o dziewczynę. Tutaj zaczęła się walka o kraj, o przyjaciół, aż po walkę o przetrwanie świata. To tu zaczęła się podróż do Mrocznej Wieży, od tego zaczęła się obsesja Rolanda.
   Kolejna część opowiada o pobycie Rewolwerowców w miasteczku, gdzie  walczą o spokój mieszkańców i życie ich dzieci. Zawierają nowe przyjaźnie, choć nie obejdzie się i bez wrogich zachowań. Jednym z nowych bohaterów jest ojciec Callahan, którego doskonale znamy z ,,miasteczka Salem". Dzięki sprytowi udaje im się pokonać siły przybywające z samego Jądra Gromu. Oczywiście nie obędzie się bez ofiar bo szlak Rolanda znaczą trupy poległych przyjaciół.  Tutaj też znajdują drzwi, dzięki którym odbywają podróż do tego ,,właściwego" Nowego Jorku ale niestety, sprawy się komplikują. Susannah, którą stała się Odetta, zostaje w pewien sposób porwana przez Mię i zmuszona do noszenia jej potomka.  Wykorzystując nieuwagę przyjaciół ucieka przez magiczne drzwi.Chłopcy oczywiście podążają jej śladem, nie bez trudu. Niestety podczas ,,przejścia" zostają rozdzieleni w czasie.
   Coraz mocniej odczuwamy przenikanie się naszych światów, tych realnych i wymyślonych ze światem Rolanda. Kibicujemy Ka-tet całym sercem, chociaż rozum podpowiada, że to nie może się skończyć dobrze. Jesteśmy coraz bliżej Wieży i coraz bardziej chcemy zatrzymać te ulotne chwile by obcować odrobinę dłużej z niezwykłymi podróżnikami.
   Ostatnia część (o Discordio!) rozpoczyna się szarżą Jake'a i Callahana na wynaturzone twory, które więżą Susannah, podczas gdy w innym świecie Eddie z Rolandem starają się wypełnić plan ratowania świata i odnaleźć przyjaciół. Kiedy znowu się połączą ich droga będzie znowu zlana krwią. Będą ostatnie przepowiednie i bitwy, smutne pożegnania i gwałtowne rozstania. Nie będę oszukiwać, dość często ocierałam łzy. I chociaż ten tom mógłby spokojnie być o  jakieś 200 stron krótszy- King przeciągnął niektóre sceny, to  ostatecznie i za to mu dziękowałam. Za te kilka chwil więcej Tam, z Nimi.
   A zakończenie? No cóż. Złamało mi serce. Zwykle po zakończeniu lektury dość szybko sięgam po kolejną. Tutaj nigdy tak nie jest (bo tą podróż odbywam co jakiś czas), tutaj potrzebuję czasu na przemyślenie, na powrót do równowagi.
  Nie chcę Wam psuć lektury, staram się zdradzić jak najmniej szczegółów bo niektóre są naprawdę niebywałe. Niektóre wbijały mnie w fotel. Przy innych odkładałam książkę i po raz kolejny czytałam ten sam fragment. Moje egzemplarze są już dość mocno zużytkowane, pełne podkreśleń i notatek, a i tak za każdym razem znajduję coś nowego. King w genialny sposób stworzył cały wszechświat. Wymyśloną czasoprzestrzeń scaloną Promieniami, połączonymi portalami, które chronią Strażnicy, Róże i Magia. A wiąże je ze sobą Wieża. Mistyczna, niedostępna Wieża ku której zmierza Roland by ocalić światy. Ocalić gdyż ,,wszystko idzie na przód" i wszystko pogrąża się w chaosie. Światy giną przez wojny, kataklizmy, epidemie i przez Łamaczy- niszczycieli Promieni.
   I wiecie co sobie myślę? Nie tylko Roland idzie do tej wieży. Ja myślę, że w pewien sposób każdy z nas do niej zdąża. Więc jak? Skusicie się? ,,Człowiek w czerni uciekał przez pustynię, a Rewolwerowiec podążał w ślad za nim..."
 




sobota, 25 lutego 2017

Demonolodzy

,,Ed i Lorraine Warren. Demonolodzy"
Gerald Britte


    Każdy kto chociaż trochę interesuje się zjawiskami nadprzyrodzonymi, bądź zwyczajnie lubi horrory na pewno zna takie tytuły jak ,,Obecność", ,,Udręczeni" czy ,,Amityville". Jako, że do powstania tych filmów posłużyły prawdziwe wydarzenia, w których w różny sposób uczestniczyli p. Warrenowie polowałam na tą książkę od kiedy dowiedziałam się o jej wydaniu. Liczyłam na wyjaśnienia, bądź rzetelne informacje udzielone, jakby nie patrzeć przez fachowców. Srodze się zawiodłam gdy dostałam zlepek informacji, które zna każdy, kto obejrzał ,,Omen" czy ,,Egzorcystę". Banalne powtórzenia, unikanie odpowiedzi i lawirowanie, ślizganie się po temacie jak po tafli lodu. Uogólnianie, opisywanie zjaw i duchów w sposób niemalże infantylny. Są zasady, których demony złamać nie mogę ale w dalszej części widzimy, że jednak je łamią- bez wyjaśnienia. Brak jakichkolwiek danych, przekonywujących dowodów, które przecież Warrenowie zbierali, dogłębnie badając każdą sprawę. Po kimś, kto jako jedyny współpracował z Watykanem- no przepraszam bardzo, ale spodziewałam się odrobinę więcej.
   Oczywiście biorę pod uwagę to, że wyjawienie każdej tajemnicy mogłoby nieść ze sobą zagrożenie czy katastrofalne skutki. Ale tu nawet sposób narracji był jakby ,,od niechcenia". Gubienie wątków, chaotyczne opisy, wywoływały wręcz ból głowy. Przykładem, który irytował przez całą treść było opisanie i rozróżnienie ducha ludzkiego od demonicznego, a potem zamiennie nazywanie ,,demonem" lub ,,duchem" bez względu na to, którym był bytem. Ponadto śmieszące opisy gdy np. egzorcyzmowana istota krzyczy ,,o mój Boże".
   Dla mnie książka zawierała informacje, które w większości były mi znane. Napisana prosto, wręcz naiwnie. Czytadełko do odhaczenia. Myślę, że dla osób, które nie mają takiego zasobu wiedzy może to być lektura dostarczająca dreszczyku emocji albo i grozy ale też przestrzegająca przed zabawami z ,,drugą stroną".
   Być może oczekiwałam czegoś w zupełnie innym kształcie, chciałam by drzwi zostały uchylone troszkę bardziej. Niemniej jednak Samych Warrenów nie przestałam darzyć sympatią. Trzeba mieć ogromną wiarę by całe swoje życie podporządkować jednej sprawie. I chociaż wiele już powiedziano na ich temat- dobrego i złego, mam nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto bardziej profesjonalnie przedstawi światu ich pracę.

czwartek, 23 lutego 2017

Anioł

,,Anioł"
Carla Neggers





    Keira Sullivan jest znawczynią irlandzkiego folkloru i świetną ilustratorką. Kiedy słyszy opowieść o trzech braciach i kamiennym aniele, postanawia udać się na poszukiwania tego artefaktu. Odnajduje miejsce z legendy i zostaje tam uwięziona. Nie zdaje sobie sprawy, że jej tropem podąża morderca.
  Tak w skrócie można nakreślić fabułę książki. W skrócie, bo tak naprawdę jest to opowieść o irlandzkich rodzinach złączonych zbrodnią sprzed lat. Autorka niemalże każdą postać umieszcza na tle rodziny- w większym bądź mniejszym stopniu. Czasem to trochę komplikuje odbiór lektury i trzeba się mocno zastanawiać czy to ta rodzina o której już była wcześniej mowa, czy też inna, kolejna. Ponadto wątki poruszane, nie zawsze są wiarygodne- sprawa zagadkowego utonięcia w Bostonie i uwięzienie Keiry w Irlandii nijak ma się do siebie, a jednak   detektyw Abigail uparcie twierdzi, że ma. Chociaż okaże się, że sprawca rzeczywiście był ten sam, nie poruszono kwestii w jaki sposób Abigail wpadła na ten pomysł. Trochę rozczarowujące dla czytelnika, powiązanie na siłę. Nie ma typowych przesłuchań, zbierania dowodów, tak jakby wszyscy zajmujący się sprawą kierowali się tylko przeczuciem.
   Kolejną niedorzecznością jaką można przytoczyć jest chwila po uwolnieniu Keiry spod gruzów. Dziewczyna siedziała tam całą dobę z kilkoma batonikami i butelką wody. Torowała sobie zawzięcie drogę do wyjścia  i kiedy już wyszła na co miała ochotę?  Otóż na kawałek ciasta. Ciasta! Ja bym pewnie zjadła całego bizona, no ale co ja tam wiem o amerykańskich bohaterkach.
   Ponadto błędy językowe i stylistyczne w niektórych zdaniach po prostu porażają. Trudno przebrnąć przez fragment tekstu gdzie pyszni się zdanie typu ,,chwycił jej rękę i zakręcił ją na ściętej trawie". A to proszę państwa nie opis rozczłonkowywania zwłok tylko...tańca! Jak wszystkie inne potknięcia mogłabym jeszcze przełknąć, to niestety z tekstem tak nielogicznym, ciężko współpracować.
  Są tu elfy i wróżki, miłość i zemsta, żal po stracie i skrywane tajemnice, głosy nie wiadomo skąd i anioły, których właściwie nie było. Taka to mieszanka kryminału, który autorka chciała doprawić dreszczykiem, a wplotła jeszcze harlekina, sensację i wyszło ni pies ni wydra.
    Biorąc pod uwagę, że powieści Carli Neggers znajdowały się na liście bestsellerów New York Tmes'a, a ponadto udziela się jako nauczycielka pisania powieści, zupełnie nie rozumiem poziomu tej książki. Nie rozumiem tez wydawnictwa, które wypuszcza na rynek tak potwornie zredagowane egzemplarze.

piątek, 10 lutego 2017

Czarny anioł

,,Czarny anioł"
Graham Masterton




       Masterton jest pisarzem, który kształtował moją wyobraźnię na początku przygody z horrorem. Jego opowieści snują się przyjemnie, szybko czytają i budują klimat strachu. Ładnych kilka lat wstecz zachwycałam się każdą jego książką. Czasem wracam jeszcze by odkurzyć, zasmakować tego, co kiedyś mnie poruszało. I być może dlatego, że są to z reguły powtórki, moje wrażenia przy odbiorze są już stępiałe, nie buzują radośnie jak mentos w coli ale coś tam jeszcze całkiem dobrze działa. Tak właśnie było i tym razem.
    Pierwsze sceny to budząca ogromny niepokój i niedowierzanie, scena mordowania całej rodziny. Gdyby w dalszej części klimat emocji utrzymywał się chociaż częściowo na takim poziomie to byłaby to przyzwoita lektura. Zadziałało by gdyby trochę tego ,,pieprzyku" było w dalszej treści.
             Sprawą zabójstwa zajmuje się policjant, który bardzo szybko odkrywa, że sprawca jest tylko posłańcem, a osoby, które również biorą w tym udział, pochodzą z wpływowych środowisk, również z policji. Sam doznaje dziwnych zdarzeń, staje w obliczu utraty własnej rodziny, kariery i życia. Przy okazji poznaje tajemnice skrywane przez własnych rodziców. Wszystko jest zabarwione odrobiną czarnego humoru, sposób w jaki unicestwiono demona jest wręcz infantylny, a koniec następuje zaskakująco szybko. Postacie tworzone przez autora nie są płaskie i bezbarwne, ale nie są też zbytnio skomplikowane psychologicznie.
      Konstrukcja jak to u Mastertona- całkiem dobry kryminał, w którym podejrzany jest zawsze nadnaturalną kreaturą, udającą się w ostatniej chwili unicestwić. Ale czy na pewno kończy się to dobrze?
   Lekka lektura na dwa wieczory, którą wypada znać.

poniedziałek, 6 lutego 2017

Opowieści Niesamowite

,,Opowieści Niesamowite"
Edgar Allan Poe




      Są takie książki do których wciąż wracam. Które lubię za klimat i esencję tego, czego brak dzisiejszym wydaniom. Jeśli to jeszcze jest książka z biblioteki- pachnąca tym specyficznym zapachem, który znają wszyscy bibliofile świata- zatapianie się w  magicznym świecie jest czystą przyjemnością. Tak jest i z tą pozycją.
    Edgar Allan Poe wciąż jest dla mnie fascynującym romantykiem, który żył krótko, lecz bardzo intensywnie. Chociaż jego twórczość cieszyła się uznaniem, prawdziwą sławą okrył sie dopiero po śmierci. Protoplasta noweli kryminalnej oraz science fiction.Stał się natchnieniem dla Lovecrafta, Dostojewskiego, Conan Doyla, Juliusza Verna, Kinga. Za wszelką cenę starał się wyrwać z utartych, literackich szlaków, otwierał okno do przyszłości.
      Autor tego tomiku pisze z finezją,  eleganckim stylem, z widoczną przebogatą wyobraźnią. Trudno jednak porównać tą twórczość, z tym co mamy teraz na półkach. Ten styl trzeba lubić, by czerpać z niego przyjemność. Zrozumieć, że konstrukcja była o wiele prostsza, a mroczna i posępna aura ma zupełnie inny odcień. Trzeba docenić ten barokowy styl, dostrzec jego urok, zasmakować tego, czym częstował Poe. Styl zdań jakie budował uwodzą i czarują. Pozwolę sobie przytoczyć np ,,och, seraficznie jasna była Ermengarda" , ,,noc była już głęboka, miasto nurzało się w gęstej, wilgotnej mgle, co rychło rzęsistym zakończyła się deszczem". Cudowne...
      Różnorodna tematyka zbioru nie pozwala się nudzić i choć niektóre opowiadania są schematyczne, często przewidywalne to jednak nie psuje nam to odbioru. Kryminał i okultyzm, szaleństwo i ludzkie słabości, choroby i używki, oraz to, co najbardziej grało w duszy Poe- fascynacja śmiercią i lęk przed pochówkiem za życia. Do tego jeszcze odrobina czarnego humoru i groteski.  Czasem przestroga, czasem refleksja.
     Jest to groza, ale zupełnie inna. Wysmakowana i powstała w czasach wiary w wampiry i zombi, strzygi i upiory. Groza, która dała podwaliny dzisiejszemu gatunkowi i jest odbiciem lęków ówczesnych twórców.  Dla nas nie jest już straszna. Po takiej lekturze spokojnie udasz się w nocy po przekąskę, nie zapalając światła, ale jej magia pozostanie w Tobie na dłużej.  Warto się zapoznać, choćby z ciekawości. Nie podobna nie znać tego zbioru, gdy nazwisko Poe jest natychmiast rozpoznawalne.

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Dym i Lustra

,,Dym i lustra. Opowiadania i złudzenia"
Neil Gaiman




Gaiman lubi się bawić rzeczywistością. Używając tytułowych luster i dymu zaciera granice prawdopodobieństwa, dodaje szczyptę magii i zaprawia doskonałym, gawędziarskim stylem. Ze zwykłego zdarzenia potrafi wyczarować nieprawdopodobną opowieść, z opowieści, którą stworzył ktoś inny - wykreować nowy świat. Wystarczy mu zdanie, strzęp informacji w prasie, zasłyszana rozmowa, a jego wyobraźnia zostaje natychmiast pobudzona do pracy. W tym apetycznym zbiorze mamy przyjemność rozkoszować się niesamowitą aurą, jaką autor przed nami roztacza. Chociaż niektóre formy są tak krótkie, że zawierają raptem kilka zdań, skłaniają do zastanowienia się, czytelnik potrzebuje chwili by dojść do równowagi. Są też formy zawierające drugie dno lub przesłanie, są też i takie które przepełnione są nostalgią albo smutkiem. Gaiman potrafi roztoczyć szeroki wachlarz swoich możliwości, czaruje przy tym tak sugestywnie, że skutecznie wciąga w swój świat i nie pozwala o sobie zapomnieć jeszcze przez dłuższy czas.
Tematyka opowiadań jest przeróżna. Dzięki temu widzimy jak łatwo znaleźć święty Graal na wyprzedaży, jak żywe mogą być wizje Lovecrafta, możemy się dowiedzieć co się dzieje z aniołem, który zgubił drogę do domu. Poznajemy cenę skąpstwa i odrzuconej miłości, konsekwencje złych uczynków, jest nieprawdopodobna podróż po cyrku i spotkanie z wampirami, erotyka, koniec świata...No w zasadzie można powiedzieć, że jest wszystko. Jak w życiu- pełna paleta.
Ciekawą sprawą jest dodanie przez autora notki do każdego utworu. Dzięki temu poznajemy realia, w jakich rodziły się jego pomysły, zbliżamy się do niego, czujemy jakby siedział w fotelu obok i snuł swoje bajania.
Polecam zbiór nie tylko fanom autora. Różnorodność i sposób narracji gwarantuje nam wędrówkę do innego świata, która pobudzi nasze zmysły i pozostawi wielorakość doznań i przemyśleń. W niektórych przypadkach odetchniemy z ulgą, że dzieje się to ,,po drugiej stronie lustra", w innych zastanowimy się, czy aby na pewno....

czwartek, 26 stycznia 2017

Autopsja Jane Doe

Autopsja Jane Doe 2016
reż. André Øvredal



foto filmweb

Film wyreżyserowany przez norweskiego twórcę André Øvredal, któremu życzyłabym aby dalej szedł tym kursem. Pamiętam jego ,,Łowcę Trolli" ale to, co pokazał teraz jest szczególnie udane. Tajemnicza historia opowiedziana w ciasnej przestrzeni, z minimalną ilością bohaterów i malowana sugestywnymi obrazami  jest doskonałym przykładem na to, że da się zrobić dobry film bez beczki specjalnych efektów. Tutaj efektem było granie na emocjach widza. To, jak opowieść wywoływała  współczucie do postaci, chęć rozwikłania zagadki.
      Ojciec  z synem są patologami sądowymi. Od samego początku wzbudzają sympatię gdy widzimy ich przy głośnej muzyce, jak z zapałem, ekscytacją i widoczną przyjemnością wykonują swoją pracę. Nie są zimnymi draniami, babrającymi się we flakach denatów. Chociaż muszą badać zwłoki by odkryć przyczynę zgonu, robią to z widocznym szacunkiem i poszanowaniem, a jednocześnie wykorzystują ten czas do rodzinnych pogawędek. Prosektorium i korytarz są nasycone takimi barwami, że aż się prosi by zaczęło się tam coś dziać. Nie trzeba na to długo czekać. Wprowadzenie dreszczyku następuję przed upływem 30min, więc całkiem niezły wynik. Tym bardziej, że nie jest to chluśnięcie wiadra krwi na kamerę, a subtelna manipulacja naszej wyobraźni. Klimat się zagęszcza gdy należy zbadać śliczną, młodą dziewczynę. Wygląd zwłok nijak nie ma się do okoliczności, w których je odkryto. Lekarze mają jedną noc by wyciągnąć odpowiednie wnioski, lecz im dalej posuwają się z pracą tym trudniej powiązać im fakty. Ciało okazuje się skarbczykiem różnych dziwności i chociaż następuje moment, w którym można się spodziewać dalszej części, wciąż z przyjemnością obserwowałam czy na pewno się nie omyliłam. Szybkie poukładanie faktów i przyznanie się bohaterów, że nauka nic tu nie zdziała była dla mnie plusem.  Tylko otwarte umysły dopuszczają takie rozwiązania. Chociaż wiem, że są osoby, którym nie podobało się, że chłopcy szybko przeszli nad tym do porządku dziennego. Później następuje kumulacja zdarzeń- dziwne odgłosy, cienie, szalejąca burza, tylko zrozumienie ojca i syna niezmienne i niewzruszone. Jak i zwłoki na stole. I przy tym wszystkim tak bardzo chciało by się żeby ta powieka mrugnęła, czy choćby palec drgnął. To niewzruszone oblicze powodowało wyczekiwanie, które jednak nie nastąpiło. Zostało kilka pytań bez odpowiedzi, wśród których najważniejszym byłoby ,,czy ta sekcja rzeczywiście się odbyła?"
Nie spodziewajmy się, że znajdziemy tu jakieś nowatorskie pomysły czy zmyślne sztuczki filmowe. To po prostu dobry film z gatunku, który warto obejrzeć. Oczywiście przez tych, którzy ten gatunek lubią bo jest tu trochę makabry przy krojeniu zwłok, są subtelne niuanse, które można niemal przegapić, balans miedzy tym co należy zrobić, a okazaniem szacunku, drugie dno i spory apetyt na jeszcze.

piątek, 13 stycznia 2017

Wypuść mnie proszę

,,Wypuść mnie proszę"
Edward Lee
Recenzja




Edward Lee uprawia horror z gatunku, tego ekstremalnego. Choć jest bardzo popularny, nasze wydawnictwa niechętnie publikują jego dzieła. Na szczęście tam, gdzie pojawia się potrzeba, znajdzie się i ktoś, kto ją może zaspokoić. Dom Horroru zdecydował się na wydanie tego zbioru i mam nadzieję, że pójdzie za ciosem, zaszczycając nas kolejnymi pozycjami Lee.
Myślę, że ten gatunek nie jest dobry dla czytelnika, który dopiero rozpoczyna zabawę z horrorem. Ogrom brutalnych opisów, zezwierzęcenie, odarcie z ludzkiej godności, ukazanie tej pierwotnej cechy, jaka tkwi w każdym z nas- nie do końca zachęci takiego literackiego prawiczka do zagłębiania się w odmęty szaleństwa. Ba. Nawet czytelników, zaznajomionych już z horrorem, ten akurat nurt może zniechęcić. Oczywiście znajdą się i tacy, którzy od razu to pokochają i ja im życzę jak najwięcej dobrych wrażeń.
Tomik ,,Wypuść mnie proszę" to jedenaście opowiadań przez które autor przeciągnął mnie jak Rzymianie wlekli nieszczęśników za koniem. Niezbyt wyszukanym językiem, bez zawiłych opisów i wylewnych treści, za to często z dużą dozą wulgaryzmów odchylił odrobinę zasłonę, która skrywa okropności od jakich odwracamy wzrok. Nie do końca jest to wyimaginowany świat. Wiele z sytuacji, o których nam mówi dzieje się, bądź mogłoby się dziać tuż obok nas. Pokazuje nam ludzi złamanych i przegranych, czasem i tych, którzy jeszcze walczą, czasem tych pogodzonych z losem.
Znajdziemy tu opowieści z cyklu ,,uważaj czego sobie życzysz", takie które każą się zastanowić, czasem nad gatunkiem ludzkim, czasem nad samobójcą. Znajdziemy tu prawdy tkwiące w najczarniejszych sercach i zło płonące w dobrych ludziach. To dobro i zło grające cudowną symfonię, z tym, że zło gra tu pierwsze skrzypce. Puenty nie zawsze są zaskakujące ale sugestywne, często humorystyczne, a najczęściej ociekające krwią i bebechami.
I tego znajdziemy tu najwięcej- lubieżności i ostrego seksu, miłości do zadawania bólu, nurzania w ekskrementach i ludzkich wnętrznościach, perwersji...
Podsumowując- mocny, ostry i trudny niekiedy Lee. Nie dla wszystkich strawny. Nie dla wszystkich zrozumiany pod całą tą otoczką zohydzania. Choć czyta się szybko, wolałam dozować bo obrazy przez niego kreowane mocno zostawały w pamięci. Fanem wielkim nie jestem, zdecydowanie wolę nieco inaczej ubrane opowieści, aczkolwiek zmusza do myślenia. A chyba o to chodzi w dobrej literaturze.

8/10

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Nie oddychaj

Nie oddychaj 2016
Recenzja


Foto Filweb

Głównym powodem, dla którego obejrzałam ten film był Stephen Lang, odtwórca głównej roli, ale nie ukrywam, że również ciekawość.Film został wyreżyserowany przez Fede Alvareza, którego poczynania można było zobaczyć już w filmie ,,Martwe zło" z 2013 i już wtedy przypadł mi do gustu.
Nie nastawiałam się na ekstra fajerwerki bo opis filmu głosił, że  kilkoro nastolatków próbuje okraść niewidomego mężczyznę. Pomyślałam, że mogą to być jakieś heretyczne popłuczyny bo cóż to w ogóle za pomysł z tym ślepcem?! Dzieciarnia dobrze sobie radzi. Dziewczyna z dwoma kolegami, zdeterminowani by wyrwać się z miasta na świat.  Mają plan, usypiają pieska, który spokojnie mógłby zagrać rolę Cujo, wiedzą jak zająć się zamkiem w drzwiach, jak załatwić system alarmowy, jak uziemić domownika. Co mogłoby się nie udać? Ha. Wszystko powiadam Wam.
Kaleka okazuje się świetnie wyszkolonym zabójcą (chociaż miał momenty, kiedy w to wątpiłam), chodzenie na paluszkach po całym domu i strzelanie do zaryglowanych drzwi jest tak samo mądre jak celowanie z muszkietu do moskita. Większość filmu biegają po całym domu i naparzają w drzwi, które ślepiec z determinacją zamyka. Okazuje się, że facet oprócz pokaźnego arsenału, trzyma w domu sporą gotówkę i całkiem niezłą tajemnicę w piwnicy. I to cudownie popieprzone wyznanie, wypowiedziane  zachrypniętym, niemalże hipnotyzującym głosem Langa, wywołuje poczucie zgorszenia i niesmaku. Można być aż tak porąbanym?!
Szala zwycięstwa przechyla się raz w jedną, raz w drugą stronę, aż widzimy, że mamy dwoje głównych bohaterów- z jednej strony dziewczyna, z drugiej ślepiec. Oboje ukazywani w coraz to innym świetle, tak by pokazać inne oblicze i uśpione demony.
Film dość prosty, napięcie średnie, można spokojnie chrupać fistaszki bez obawy o zadławienie. Momentami brak logiki wywołuje uśmiech politowania, a jednocześnie akcja jest tak skonstruowana, że podtrzymuje ciekawość. Kino trochę takie ,,B" -albo się kupuje i dobrze bawi, albo czepia szczegółów. No i istnieje duże prawdopodobieństwo, że będzie kontynuacja tej opowieści. Zakończenie pozostawia całkiem spore okno na dalsze poczynania.
6/10

wtorek, 20 grudnia 2016

Inferno

,,Inferno"
Dan Brown
Recenzja






Kolejna opowieść o zawiłych przeżyciach Roberta Langdona, którego znamy z wcześniejszych powieści Browna. Tym razem sławny specjalista od symboli zmaga się z realną groźbą globalnej zarazy, którą zamierza rozpętać naukowiec, odtrącony przez kręgi specjalistów . Odkrywamy tajemnicze zdarzenia razem z Robertem, który na skutek postrzału w głowę traci pamięć. Nie jest to łatwe- czasu mało, stale ktoś próbuje go zabić, szalone pościgi i zaskakujące sploty wydarzeń, niewiarygodne zwroty akcji- tego nam autor nie szczędzi. W zmaganiach pomaga profesorowi Sienna Brooks, niezwykle ciekawa i pełna tajemnic lekarka,
Podstawę do snucia tej opowieści stanowi głównie ,,Boska Komedia" Dantego i na jej symbolice opiera się spora część całej intrygi. Szczególnie upodobał sobie Brown część poświęconą zstępowaniu do piekła, co logicznie podpowiada tytuł powieści.
Czytanie przypominało mi trochę otwieranie matrioszki- jedna sytuacja automatycznie wywoływała kolejną i następną w takim tempie, że nie miałam ochoty na odkładanie książki.Wszystko nasycone informacjami historycznymi i ciekawostkami. Możemy tu znaleźć informacje o Medyceuszach, Ogrodach Boboli, wątki mitologiczne i biblijne, fakty o sztuce i architekturze. Jest nawet zarys wirusologii, genetyki, inżynierii genetycznej. Opisy miejsc są tak barwne i sugestywne, że widzimy je oczami autora. Dzięki temu całkiem przyjemnie zwiedzamy Florencję, Wenecję i Stambuł. Wróć. Zwiedzamy to złe słowo. Raczej pędzimy wśród tych wszystkich wspaniałości, ratując świat przed zagładą.
W pewnym momencie miałam wrażenie, że cała ta struktura runie, że autor zwyczajnie nie udźwignie takiego ogromu informacji przy jednoczesnym prowadzeniu wartkiej akcji. W okolicach akcji w Wenecji jego zabiegi stały się przewidywalne i zaczęłam się lekko nudzić. To szalone gonienie króliczka w końcu mnie zniechęciło. Ale to była tylko chwila. Taki niuansik po którym wróciłam do lektury i znowu zatopiłam się w treści. Wszystko było na miejscu, a rozwiązania, które zdawały by się oczywiste, okazały się jednak zupełnie inne.
Autor zmusił mnie do myślenia o przedstawionym problemie w bardzo zmyślny sposób. Większą część lektury całą sobą protestowałam przeciwko temu, co miało się wydarzyć. A im bliżej końca byłam, tym bardziej skłaniałam się ku temu, by przyznać rację szalonemu naukowcowi. I choć nie jest to rozwiązanie najlepsze, wydaje się być najmniej krwawe i brutalne. Bo pewne jest to, że problem jest. I chociaż bardzo kontrowersyjny to jednak jest i sam nie zniknie.
Książka typowa dla Browna- jeśli czytaliście wcześniejsze to znacie schemat. Niby wszystkiego pełno, a jednak wyważone. Nie ma wielkiego WOW ale jest spora satysfakcja z lektury. I na pewno trzeba tu docenić wiedzę autora- zachwyca mnie jak zmyślnie potrafi wpleść ją w fabułę.
Pomimo tej dość pozytywnej oceny, kolejnej przygody z szanownym Langdonem, kreowanego na profesorskiego Bonda, raczej już nie strawię.
Ocena 8/10

niedziela, 11 grudnia 2016

Ostatnia misja USS Indianapolis

Ostatnia misja USS Indianapolis 2016
Recenzja



foto z google



Nowiusieńki film z obiecującą obsadą. Na czele Nicolas Cage, zaraz za nim Thomas Jane, Cody Walker, Tom Sizemore. I tylko Weronika Rosati jakoś mi tu nie synchronicznie wyglądała. No ale jak Nico, to jak nie obejrzeć? 
Tytułowy krążownik ma wypłynąć z tajną misją. Jej celem jest dostarczenie ładunku nuklearnego do bomby atomowej, która później miała być zrzucona na Hiroszimę.Jak misja jest tajna to wiadomo, że nikt się do niej nie przyzna i okręt wypływa bez obstawy. W drodze powrotnej zostaje uderzony przez japońską torpedę. Sceny tonącego statku dziwnie przypominały fragmenty ,,Titanica". W pewnym momencie zaczęłam się za Di Caprio rozglądać...
Ocaleli marynarze dryfują w morskiej toni, narażeni na ataki rekinów. Przez pięć dni walczą z głodem i pragnieniem, zmęczeniem i desperacją. Ratunek przychodzi zupełnie przypadkowo. Dowództwo nie chce się przyznać do akcji, w której brał udział  USS, więc wytaczają proces kapitanowi, zarzucając mu błąd i narażenie okrętu na niebezpieczeństwo. Normalnie jakby tam znajoma władza rządziła...
Ot i tyle celem streszczenia. Początek ukazuje nam niefrasobliwych młodzików, którzy się bawią, poszturchują. Jak młodziki na koloniach. Jest nawet historia miłosna wciśnięta jakby z przyzwyczajenia. I później jak ta banda gołowąsów (w większości) zostaje trafiona, nie bardzo wiedzą co mają robić. Biegają we wszystkich kierunkach, panikują. Na szczęście garstka wybrańców ogarnia się w temacie i pomaga pozostałym się wydostać. Aż dziw, że to dumna flota Ameryki. Chaos trwa do czasu zatopienia okrętu. Sceny cierpiących żołnierzy i ich wzajemne relacje to chyba najlepsza część filmu. W końcu można przystanąć przy bohaterach i przyjżeć się im bliżej, nawiązać z nimi kontakt, wczuć się w ich przeżycia. Wstrząsająca jest liczba ofiar- z 879 członków załogi ocalało 317. Wstrząsające jest również to, z czym musieli się zmierzyć. I pomimo dobrego, emocjonującego tematu, nie udało się tego dobrze przedstawić. Nie tak, by popłynęły łzy. A powinny. 
W sumie wydano na ten film 40mln dolców i połowa to chyba na catering była bo płaskie to było i pełne nieciekawych efektów. Znaczy film. Bo catering na pewno był na wypasie. 
I jeszcze kwestia Rosati. Ciekawa byłam co ona tam odegra ale szczerze powiem, że jedyna jej rola, którą jestem w stanie przyjąć jest ta w ,,Obławie", gdzie towarzyszyła Dorocińskiemu. I chyba tak zostanie. Tutaj to był dosłownie epizod jako żona kpt. McVay. Jak ona się dostała do filmu to jeszcze można dywagować ale co na niebiosa zrobił Cage, że dostał tą rolę?!
Jeśli oczekujecie wrażeń to już lepiej obejrzyjcie sobie serial ,,The last ship". Bo tutaj to na dwie godziny kina, waszą uwagę przykuje może jakieś 30 min. Jedyny fragment, który mógłby zasługiwać na chwilę zadumy i uwagi jest rozmowa dowódców wrogich jednostek pod koniec filmu i jak to wpłynęło na ostateczną decyzję kpt. McVaya oraz komentarz do filmu przed napisami końcowymi. 
W mojej ocenie 5/10

poniedziałek, 28 listopada 2016

Lampiony

,,Lampiony"
Katarzyna Bonda
Recenzja




Nie sposób nie znać autorki, o której zrobiło się głośno ostatnimi czasy. Plakaty, wywiady, zachwyty nad twórczością. Nie było rady. Trzeba poznawać rodzimych autorów.
Od razu powiem, że jest to trzecia część cyklu, z którym się nie zaznajomiłam więc proszę wziąć pod uwagę, że być może jest to czynnik, który spowodował u mnie taki odbiór tej powieści, a nie inny.
Kryminał opowiada o profilerce Saszy Załuskiej, o jej pracy w policji, odrobinie jej życia prywatnego i osobistych demonach, z którymi się zmaga. Tak w założeniu. Bo na dobrą sprawę książka obfituje w tak wiele różnorodnych postaci, że imiona wymieszane z ksywkami zaczynają się po prostu mieszać jak w oszalałym szejkerze. Im głębiej w lekturę, tym częściej kartkowałam do tyłu, żeby się upewnić czy ten bohater to na pewno ten. Pisanie o koledze Łukaszu i dwa zdania po tym o psie o imieniu Łukasz. Pisanie o kimś po imieniu, a za chwilę tą samą postać nazywać pseudonimem, jakbyśmy wiedzieli, że taki ma. Zaczynało mnie toprzerastać w pewnym momencie. W całym tym korowodzie, masie ludzkiej jaką utworzyła Bonda są chyba wszystkie możliwe charaktery- policjanci, strażacy, menele, piromani, adwokaci, przestępcy, zboczeńcy, szumowiny, terroryści, porywacze...Można tak długo. Właściwie już pierwsza akcja książki prowadzi nas na manowce. Do dziś nie jestem pewna co miała wnieść do całości. Później spotykamy masę innych informacji, nie koniecznie potrzebnych. Te wszystkie wyłudzenia, porwania, podpalenia, gwałt, koligacje i układy. Zaczynamy się zastanawiać gdzie oni w końcu splotą te swoje losy i działania, żeby zaczęło się coś dziać.  Co prawda w kulminacyjnym momencie to wszystko się jakoś zejdzie. Ale właśnie- ,,jakoś".
Nie chodzi mi o to, że chciałabym jednowątkową opowieść z trzema bohaterami. Chodzi o to, że cała ta historia miała fajne podstawy, świetny pomysł, kilka postaci które mogłyby zabarwić tą nudę, ale brakło tego kleju, który w dobrych kryminałach po prostu jest. A tutaj wszystko runęło- Sasza stała się jedną z postaci, utonęła w tłumie. Jak już jedna opowieść stawała się interesująca jak podróż do Mordoru, z niewyjaśnionych przyczyn autorka gwałtownie ją ucinała i przechodziła do wstępu innej historii. Jak Medea z 69 normalnie.
Do tego dodałabym jeszcze budowę niektórych zdań. Nie jestem pedantem językowym. Rozumiem też, że autorka chciała tu pokazać sposób mówienia mieszkańców. Ale niektóre zlepki słowne były tak ciężkostrawne, że aż niezrozumiałe. Natknęłam się na kilka takich w tekście, co tylko dodatkowo przepełniło czarę goryczy.
Żeby nie było tylko gorzko- powieść miała też swoje momenty gdzie myślałam, że być może coś z tego jeszcze będzie. Gdzie akurat akcja świetnie się układała, a postacie współgrały. Niestety to tylko momenty. A, że ja z reguły brnę do końca to i dobrnęłam. Ale umęczyłam się okropnie.
A na końcu Bonda pisze, że chciała właściwie napisać o mieście Łodzi, gdzie umieściła całą akcję. Ręce opadły. Bo mogłam sobie po prostu kupić przewodnik turystyczny, czy o historii poczytać. Chciała przedstawić miasto jako ,,starą diwę", dla mnie nakreśliła je bardziej jaką wzbierający wrzód. Bezrobocie, pijaństwo, burdy, beznadzieja. Ciekawam bardzo, jak to się łodzianom spodobało.
Miłym akcentem na koniec okazało się również to, że w trakcie pracy nad książką autorka korzystała z pomocy strażaków z moich okolic- o czym grzecznie poinformowała i trochę złagodziła cierpienie po lekturze.
Być może oczekiwałam czegoś zupełnie innego. Ok. Ale twórca , który nie potrafi mnie pozytywnie zaskoczyć, a momentami wręcz nuży skazuje się na jednego czytelnika mniej. Wydaje mi się, że w tym przypadku było więcej marketingu niż dobrego kryminału. Zamiast lodów po obiedzie dostałam podciągnięty wodą kisiel, ze zbyt dużą ilością owoców.
Ocena 6/10