piątek, 6 października 2017

,,Kamienica panny Kluk" Damian Zdanowicz

Trudno napisać coś lepiej, jeśli wcześniej pisał już o tym Gunia- to właśnie on pokusił się o wstęp, a jednocześnie celne podsumowanie zbioru Zdanowicza. Zachowam się jednak nieodpowiedzialnie i wrzucę do tego worka kilka swoich kukiełek. 





Pierwsza rzecz, która mnie uderzyła  po rozpoczęciu lektury to plastyczny, alegoryczny i sugestywny język. Wiedząc, że autor jest stosunkowo młodą osobą (choćby w odniesieniu do mojej rozszalałej metryki haha), widać tu ogromną dojrzałość, wyczucie i rytm. Już pierwsze słowa czarują, hipnotyzują , ekscytują. Wciągają w odmęty ukrytych zaświatów  nieistnienia, kleją się do naszych myśli jak wata cukrowa, jednak nie słodzą  jak ona. Z ogromnym realizmem wskazują  wysączające  się ciemności  i niebyt zza kotary przykrytej warstwami iluzji. Sposób prowadzenia narracji nie daje zaczerpnąć tchu. A rzeczywistość, którą nam się tu  sprzedaje wywołuje niemalże mdłości- tak jest prawdziwa i tak różna od tego, co wydaje nam się prawdą. Albo co przywykliśmy nazywać prawdą.



Nie znajdziemy tu pocieszenia, zwycięstwa dobra nad złem. Dostaniemy dogmat, który zdzieli między oczy i posadzi ciężko w fotelu. Dlaczego jest tak wstrząsający? Otóż dlatego, że istnieje wysokie prawdopodobieństwo  TEJ prawdy. Nie wiem czy wszyscy są na nią gotowi . Nie wiem czy człowiek jest w ogóle gotowy na coś tak nie zgodnego z wiarą we własną wyjątkowość. Bo jak pogodzić się z faktem, że być może jesteśmy jednym bytem podzielonym na wiele wcieleń? Inaczej egzystencja tego bytu byłaby skazana na szaleństwo i zagładę. Być może jesteśmy tylko postaciami ze snu (marzeń?) lub marionetkami  sterowanymi umysłem nieznanego istnienia. Istnień (Istot) przewrotnie wcielających nas w role, których najbardziej się boimy…

2 komentarze: