środa, 14 marca 2018

,,Upiorna opowieść" Peter Straub


   Powieść Strauba była jedną z tych książek, która zdawała mi się arcydziełem horroru. Znakomita większość czytelników miała o niej doskonałe zdanie. Problem stanowiła dostępność owego rarytasu- od lat nie wznawiana, na aukcjach osiągała często zawrotne ceny. Wkrótce wydawnictwo Vesper ma ruszyć z publikacją tego klasyka wobec czego  sporo osób postanowiło się pozbyć swoich staruszków. Skorzystałam i upolowałam swój egzemplarz.







   Początek zapowiadał się smakowicie. Prolog zbudował odpowiedni klimat- tajemnice, kryminalny sznyt i pytania, na które chciałam dostać odpowiedzi. Ale pierwszy rozdział zaczynał zwalniać i potem kolejny również. Ciężko mi było dobrnąć do połowy książki chociaż język użyty przez autora jest bardzo plastyczny, nie sprawia problemu. Z reguły nie przeszkadza mi lekkie ,,zestarzenie” treści, ani rozbudowane opisy. Mało kiedy zdarza mi się nie przebrnąć przez gotyckie zawiłości, pokręcone losy bohaterów dalszego planu, niekoniecznie istotne,  jak np. u Kinga czy skakanie w czasie i przestrzeni . Ale tu było jednak  ciężko. Zbyt ciężko i to sprawiło, że tę część książki zwyczajnie przecierpiałam. Na szczęście w połowie zaczęło się klarować i wyłoniła się całkiem zgrabna historyjka.
   Autor wykreował senne miasteczko (ach, ta amerykańska maniera) i  grupkę przyjaciół. Na szczęście, tym razem nie byli to nastolatkowie, a wręcz przeciwnie. Panowie w słusznym wieku spędzają sobie wieczory we własnym gronie i raczą się przy  tym strasznymi historyjkami, popijając słuszne trunki. I tego mi tu zabrakło- więcej opowieści. Bo ta, która została przedstawiona,  była jednym z ciekawszych punktów książki. Bardzo szybko na kartach pojawiają się tłumy bohaterów. Jedni wnoszą szeroki wachlarz dodatkowych informacji, inni jak statyści- przewijają się szybko i giną w tłumie. I w tych wszystkich meandrach zaczyna się klarować prawdziwie straszna historia. Bagaż, który panowie spakowali w samochód i utopili w stawie. Do czasu aż wypłynął. Nie ma tu co prawda specjalnego zaskoczenia. Nie wydarzyło się nic, czego by się nie można było spodziewać, ot całkiem przyzwoita, tradycyjna host story z ogranymi motywami.
   Książka ma też kilka fajnych momentów, prawie jak u Lyncha- ,,nic nie jest tym, czym się wydaje” brzmi całkiem znajomo, prawda?  No i nie małą satysfakcję sprawił mi fragment, który w końcu! Na reszcie! Rozjaśnił mi motyw przewodni okładki. Bardzo jestem ciekawa, który detal zainspiruje Vesper.
   Na zakończenie jeszcze newsik filmowy. Książka została zekranizowana w 1981 roku i jedną z głównych ról zagrał Fred Astaire. Zmieniono wiele faktów, użyto kiepskich, niemalże plastikowych efektów, ale fabuła była wyjątkowo spójna. No i takie zabawne starocie dostarczają mi zwykle dzikiej uciechy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz